|
|

|
<<powrót |
|
76,5
m
Z nurkowaniem jest tak, że najpierw idzie się na
kurs basenowy, a po nim, w lecie jedzie się na obóz. Do Chorwacji,
na Mazury – różnie. Już na tym etapie sporo osób rezygnuje... |
 |
Ci, którzy zostaną
kupują własny sprzęt i co któryś weekend jeżdżą nad jakieś jezioro,
czy zalew. Najlepiej, jeśli odległość od samochodu do wody nie jest
przekracza dwustu metrów - żeby się nie zmęczyć przy przenoszeniu
klamotów.
Trzeci etap wtajemniczenia jest dla nielicznych. Wraki, zalane
jaskinie, nurkowania głębokie. Żeby pozwolić sobie na takie
przyjemności trzeba ogromnej wiedzy i doświadczenia, a to oznacza
wiele godzin spędzonych pod wodą.
Pszczoła pierwszy raz zszedł pod wodę w lipcu dziewięćdziesiątego
trzeciego roku - miał wtedy szesnaście lat. Teraz jest instruktorem
i żyje z nurkowania. W lecie prowadzi to obozy, a poza sezonem -
zajęcia na stołecznych basenach. Od wielu lat nie spędził żadnego
weekendu w domu – bez względu na pogodę i porę roku, zawsze go
gdzieś poniesie. A to zalane kamieniołomy gdzieś pod Krakowem, a to
jakieś zamarznięte jezioro. W każdym razie w domu nie usiedzi.
Próbował już wielu rzeczy. Robił nurkowania głębokie, wraki na
Bałtyku i jaskinie u nas i we Francji. Ciągle szuka czegoś nowego,
bo na polskie pojezierza, na których nurkował setki, jeśli nie
tysiące razy nie może już patrzeć. Od jakiegoś czasu z ludźmi ze
speleoklubu bywa w Tatrach. Właśnie to podsunęło mu pomysł: Czarny
Staw pod Rysami – do samego dna.
Na pozwolenie od władz Parku Narodowego nie było co liczyć, ale
akurat to był najmniejszy problem. Ważniejsze było kiedy, z kim, z
jakim sprzętem...
Wiosną, chyba w maju, pierwszy raz udało się wnieść sprzęt nad Staw.
Fakt, że niewiele, bo nie było wiadomo, czy straż Parku go nie
skonfiskuje, a poza tym nikt nie zamierzał schodzić specjalnie
głęboko. To był bardzo ważny moment - okazało się ,że można sobie
dać radę z położeniem i niedostępnością zbiornika. „Super sprawa –
wspomina Pszczoła – pierwszy raz widziałem lód z czterdziestu
metrów. Taka przejrzystość jest może w Egipcie czy Chorwacji, albo i
to nie. A jak tylko wystawisz łeb z wody, możesz sobie pooglądać
Rysy i wszystkie te ośnieżone góry w około.
O przeręblach nie było mowy, „dobrze, że się tafla trochę odparzyła
przy brzegach, bo nic by z tego nie było" dodaje ktoś inny, kto też
był wtedy nad Stawem.
Skoro było już wiadomo, że da się przetransportować sprzęt pojawiło
się następne pytanie. Kiedy nurkować? Najlepiej byłoby całą sprawę
załatwić w lecie, ale wtedy w górach jest największy ruch, a wiadomo
– im więcej turystów, tym więcej strażników. W grę wchodziła jeszcze
późna wiosna i jesień, tylko że lód leży na tej wysokości najmarniej
do maja, a jesienią też nic pewnego, bo pogoda może się załamać w
każdej chwili.
Od maja nie działo się właściwie nic. Czas płynął, a przygotowania
stały. Ruszyły z miejsca dopiero pięć miesięcy później. Przypadkiem.
Paru chłopakom odbiło i wtaszczyli na Staw składany kajak. Niby
tylko dla zabawy, ale to właśnie wtedy Pszczoła przeszperał dno
echosondą i oznaczył sobie bojką najgłębsze miejsce. Bojka składała
się z pustej plastikowej butelki uwiązanej sznurkiem do zrzuconej na
dno torebki pełnej kamieni. Ten sznurek był najważniejszy – miał
posłużyć za linę opustową (dzięki niej można się zorientować skąd i
dokąd się płynie). Gdyby biegł zupełnie pionowo miałby
siedemdziesiąt sześć i pół metra długości, choć echosonda,
wyskalowana na gęstszą wodę morską, pokazywała prawie osiemdziesiąt.
W miarę, jak udawało się rozwiązać jedne problemy pojawiały się
następne. Ot, choćby ekwipunek. Oryginalny jest piekielnie drogi,
improwizowany – piekielnie niebezpieczny. W obu przypadkach trzeba
go wnieść na wysokość prawie tysiąca sześciuset metrów.
Zmierzyliśmy się z tym zadaniem na początku listopada. Wiał cholerny
wiatr i w ogóle było jakoś nieprzyjemnie, ale słowo się rzekło i nie
bardzo mogliśmy się wycofać. Klamotów mieliśmy ponad siedemdziesiąt
kilogramów i czekało nas ileś godzin marszu pod górę. Nie wydawało
się to specjalnie trudne do momentu, kiedy ruszyliśmy z miejsca.
Nad Staw dotarliśmy przed wieczorem. Chcieliśmy rozstawić tu namiot,
żeby Pszczoła mógł się lepiej odsycić („przyzwyczaić" krew do
niższego na tej wysokości ciśnienia), a poza tym zawsze to mniej
noszenia Halny nie dał nam jednak żadnych szans. Musieliśmy zejść do
schroniska.
Rano zanieśliśmy wszystko nad brzeg Stawu i zaczęło się.
Pszczoła, siedząc za wielkim głazem, zaczynał się przebierać, a ktoś
tłumaczył mi co na siebie zakłada i po co. Butli ma w sumie pięć
(normalnie używa się jednej, czasem dwóch. „Te dziesięciolitrowe po
środku to trimiks, znaczy mieszanka denna (do oddychania na
największej głębokości), po bokach jest nitroks i tlen, a poziomo na
dole – argon (do wypełnienia skafandra). A to niebieskie, to
kamizelka ratunkowo-wypornościowa – normalnie kosztuje jakieś dwa
tysiące, ale jakiś kumpel zrobił mu ją za dwie stówki. Rękawice też
domowej produkcji". Między innymi dlatego, że sprzęt nie jest
oryginalny był przed tygodniem sprawdzany na Mazurach.
|
Pszczoła coraz mniej
przypomina człowieka. Składa się teraz z granatowo-czarnego korpusu,
o pomarańczowych dłoniach i wielkich płaskich stopach. Twarz znikła
za szklaną maską, a na głowie ma kask z dwoma podobnymi do czułków
latarkami.
Powierzchnia Stawu pokryta jest krótką spienioną falą, tak że nie
sposób zauważyć bojkę i trafić do opustówki. Nie pomogła ani busola,
ani czterdziestominutowe pływanie w poszukiwaniu zguby. Nie da się
jej wypatrzyć w tych warunkach, więc trzeba zmienić plany. Zamiast
po linie nurkować po stoku.
Pszczoła zniknął nam z oczu, pod pomarszczoną taflą, więc
usadowiliśmy się wygodniej za kamieniem przygotowani na dłuższe
czekanie. Dla zabicia czasu ktoś zaczął mi wyliczać z ilu powodów
Pszczoła może „z honorem na dnie lec": Tak już ma – sprawia mu jakąś
sadystyczną przyjemność takie zrzędzenie: „Gaz się szybko zużywa na
tej głębokości, jak coś jest nie tak, to prawie nie ma czasu na
poprawki. Zresztą tlen poniżej sześciu metrów jest silnie toksyczny,
a trochę niżej azot działa jak narkotyk. Jak spanikuje i pomyli
butle, to już po nim, a i tak najgorzej, jak się za szybko
wynurzy..."
Wreszcie, po jakiejś godzinie Pszczoła ukazał się na powierzchni.
Żeby zmniejszyć wysiłek, co się tylko dało zdjął z siebie w wodzie.
Jak tylko wyszedł na brzeg, podłączył się do tlenu. Spodziewałem
się, po tym, że dno Czarnego Stawu zrobi na nim takie wrażenie że,
jak się wynurzy zacznie nam opisywać wszystko wierszem a on
przeciwnie – zbył nasze głupie pytanie jednym „fajnie było". Potem
udało mi się coś wyciągnąć, ale też niewiele. Że „trochę się
nakręcił przed nurkowaniem", że „stok ma przy brzegu jakieś 45 st.,
żeby nie woda, to wygląda jak na brzegu" i że „przejrzystość trochę
mniejsza niż w maju, a i tak do siedemdziesięciu metrów cały czas
widno". Na dnie spędził jakieś siedem minut. Za to wynurzał się
prawie pięćdziesiąt. Dwa razy zmieniał mieszankę, przystanki
dekompresyjne wypadały co 3 metry, im wyżej, tym dłuższe.
Posiedzieliśmy nad Stawem w sumie dwie i pół godziny, odkąd Pszczoła
wyłonił się z odmętu. Po tlenie przeszedł na nitroks, potem po
prostu odpoczywał. Wreszcie wylazł ze skafandra, a myśmy spakowali
cały sprzęt do plecaków i znieśli go do schroniska.
Jutro trzeba będzie to wszystko jakoś przetransportować na dół. Tak
to już jest: ktoś musi znieść sprzęt, żeby ktoś inny miał czas
rozejrzeć się po okolicy i poszukać następnego miejsca do
nurkowania...
Tekst: Marcin P.Bielecki
Konsultacja: Andrzej Szerszeń |
|
|
|
76,5m

|
|